poniedziałek, 18 września 2017

Korona Gór Duńskich

Jako zdobywcy Korony Gór Polski nie mogliśmy odpuścić zdobycia Korony Gór Danii.
Oczywiście jest to przewrotna nazwa, ponieważ Góry tutaj są wzniesieniami, a Korona liczy w najwyższym momencie 170,86 m n.p.m. (My w Polsce mieszkamy wyżej.)
Żeby nie było za ciężko je zdobywać, prawie na wszystkie można dojechać autem:) A na te, które nie można, pozostaje delikatny spacer, parę kroków i bam! jesteś na górze:) Także, tak jak wcześniej wspominałam Duńczycy muszą mieć luz! A my mamy luz wraz z nimi i zaliczamy na jednej wycieczce wszystkie najwyższe szczyty, ha to jest dopiero gratka.
Po drodze na szczyty mijamy, tak zwaną (przez dziadka i chłopaków-Polaków, tu mieszkających) Szwajcarię Kaszubską, która jest niebywale piękna. Oczywiście przystajemy, zwłaszcza, że na mapie keszowej jest zielony pojemniczek.




Niestety okazało się, że kesza na miejscu nie ma. Mogliśmy się w sumie tego domyślić, po
7 DNF-ach. Widoki jednak były warte zatrzymania. "Szwajcarię Kaszubską" możecie zobaczyć w Laven. Jest to małe miasteczko turystyczne, które oferuję parę atrakcji, które można podglądnąć, jeśli jest czas. My jedziemy, dalej.
Kolejny przystanek to Himmelbjerget (147 m), na którym stoi piękna wieża widokowa. Punkt ten, przez lata uważano jako najwyższy w Kraju. W chwili obecnej wygrywa jednak Møllehøj (170.86), chociaż mieszkańcy dalej mają, co do tego zdania podzielone. Spacerując napotykamy uroczego kesza, który wielce nam się podoba.:)



Maskowanie wspaniałe:) Przechodnie, pewnie pomyśleli, że prawdziwy, chociaż ćwierkał na uboczu. Maszerujemy dalej, podziwiając widoki, które zachwycają.  A po za widokami, można po drodze złapać Earth Cacha, który jest dostępnym także w angielskiej wersji językowej. Fajnie, bo coś w końcu rozumiemy:) A co do widoków...




Wydzielona ścieżka, trasy dostępne niemal dla każdego, to wielki plus. W ogóle Dania jest taka zadbana, taka naturalna. A przecież niemal każdy lubi obcować z naturą. Dodatkowo Duńczycy potrafią wykorzystać swoje tereny i przekuć je na miejsca wybitne. Takie jest to miejsce. Utwierdzamy się w tym dochodząc na szczyt.




I jeszcze, specjalnie dla nas wyszła tęcza:) Chłoniemy widok, mając przeświadczenie, że Świat należy do nas, wspaniałe uczucie. 
Mała wyjątkowo grzecznie zasypia w nosidle, także droga do auta przebiega bezproblemowo.
Chwila moment i dojeżdżamy do kolejnego punkty na naszej liście, mianowicie Yding Skovhøj (170.77m). Tam karmimy naszą małą podróżniczkę, (sami jedząc wcześniej w aucie, na kolanie, ach te świeże powietrze) i rozglądamy się dookoła. Na sam szczyt wjechaliśmy autem- babcia zadowolona, nie spociła się za dużo.




Za długo tu nie bawimy, wiedząc, że do zdobycia ciągle jeszcze najwyższy punkt.
A jeszcze przed nim kolejny szczyt - Ejer Bavnehøj (170,35), który jest trzecim najwyższym wzniesieniem w Danii.





Dojeżdżamy autem niemal pod samą wieże widokową, owego szczytu. Gdybyśmy się przemęczyli, możemy wjechać na nią windą:) Łapiemy po drodze lekkiego i przyjemnego Earth Cacha.  
A z  góry wieży obserwujemy ładne widoczki i wielu ludzi. Ponieważ jest to miejsce kultowe dla Duńczyków, w wolny dzień lubią tutaj podróżować. Nie jest jednak tak tłoczno, jak u nas przykładowo na Krupówkach, czy na Śnieżce. W ogóle, mam wrażenie, że w Danii nigdzie nie jest tłoczno. A już w naszej miejscowości, Serup, to chyba żyjemy między wilkołakami, bądź wampirami, bo w dzień żywej duszy, z kolei nocą, słychać podejrzane odgłosy... Mam tylko nadzieje, że to przyjazne stwory, które pozwolą nam żyć ! Póki co nie atakują więc jest dobrze:) 
Ale wracając do naszej wycieczki. W niedalekiej odległości Ejer Bavnehøj znajduje się najwyższy punkt Danii - Møllehøj. Zostawiamy dziadków i małą przy wieży, a sami maszerujemy do interesującego nas wzniesienia. Po drodze mijamy, jak się zdaje przyjazne krowy, które nie przeszkadzają sobie w obiedzie i leniwie żują trawę. Jestem nimi zachwycona, próbuje sobie przypomnieć czy kiedykolwiek widziałam krowę z tak bliska? Szybki telefon do dziadka, żeby przybył tutaj z małą, bo aż żal żeby nie poznała nowych, mlecznych koleżanek. 





 Muuuuuuuu i do przodu. Musimy wejść na teren krów, ale one zdają się nie przejmować intruzami, w dalszym ciągu zajęte sobą. Kroczymy poprzez mokradła (oczywiście przed samym tutaj wejściem musiał spaść deszcz), buty w błocie (w sumie mam nadzieję, że to błoto...?), by w końcu wspiąć się na najwyższy punkt Danii.



Oczywiście ładnie tu i cicho. Z góry widać pola, tereny zielone i chmury, domów i skupisk miejskich brak. Jesteśmy w jakimś magicznym, wyludnionym miejscu, o co tu chodzi? Czy tak mało jest tutaj mieszkańców, a granice Państwa są tak odległe? A może ludzie wolą mieszkać jeden przy drugim, nie pakując się w osobne życie? Może uda nam się to rozwikłać.
Póki co, jeśli się zmęczyliście już tymi szczytami, możecie się zdrzemnąć w leżankach. Nie ma sprawy. Później rozpalimy grilla.




To by się chyba spodobało mojemu kierownikowi, który idąc w Góry zawsze ma ze sobą śpiwór. Odpoczął by sobie przed kolejnymi wyprawami na "prawdziwe" szczyty. Pozdrawiam oczywiście Pana Kierownika, który jest Mistrzem w zdobywaniu wysokich miejsc, nie do zdobycia.
W drodze powrotnej oczywiście nie mogło zabraknąć adrenaliny, której dostarczyły nam panny Mućki. Otóż znudzone robieniem dobrej miny i żuciem trawy, postanowiły nas nie wypuszczać ze swojego terenu. Zatarasowały jedyne wyjście, gapiąc się wielkimi ślepiami, jakoś tak  groźnie. Powiem Wam, że nawet męski Łajz trochę się zląkł (oczywiście teraz będzie głośno zaprzeczał, ale ja wiem swoje). W końcu po prawie 10 minutowej próbie przejścia, prosząc w czterech językach, udało się przesunąć krowy zwykłym "sio" wypowiadanym głośno i stanowczo.
Jakoś się udało, dotrzeć bezpiecznie do miejsca, w którym zostawiliśmy auto. No i co ? deszcz, ale to ulewa jakich mało. Szybko, pakujemy się zatem w auto i wracamy do domu.
Baki naładowane, cache nazbierane, a nogi jakoś tak mało bolą. Podróż mega udana. No i korona Gór Danii w kieszeni, ciekawe czy dają jakąś odznakę??



czwartek, 14 września 2017

Dania - kraj luzu i rowerów

Do Danii pojechaliśmy do taty, na wakacje. Co prawda, za dużo czasu na zwiedzanie nie mamy, ale coś tam zawsze uda się zobaczyć, a także Wam przekazać.
Sama podróż tutaj była trochę męcząca, około 11 godzin jazdy wprawia w odrętwienie. Fakt, że autostrady w Niemczech i Danii są na poziomie, nie ma tutaj robót drogowych i dwa otwarte pasy to norma. Dzięki temu zajechaliśmy tak jak powinniśmy zajechać i nie znieśliśmy po drodze "jaja", chociaż końcówka była niczym ze Shreka; "Daleko jeszcze? ... No, ale daleko jeszcze?".
W końcu jednak udało nam się dotrzeć do celu. A cel znajduje się w centralnej części Danii, na Półwyspie Jutlandzkim.
A dokładnie mieszkamy w Serup, które jest taką małą wioseczką, wielce podobną do naszych polskich, pięknych wsi.





Jest tutaj bardzo spokojnie i cicho. Głównie słyszy się zwierzęta, które o dziwo "mówią" jak polskie:) Jest wiele pól uprawnych, farm i lasów pełnych grzybów (Duńczycy ich nie zbierają). Krajobraz jest piękny, leniwy i naturalny. Wszędzie czuć przestrzeń.
My mieszkamy koło Kościoła, który codziennie, poza niedzielą o siódmej rano bije w dzwony, które bardzo podobają się naszej pannie. Życzy sobie w tedy zabranie jej do okna i powtarza; "bam, bam":) Cóż nie ma leniuchowania, na dzwony wszyscy na baczność.


Religią dominującą w Danii jest luteranizm, chociaż nie jest to religia mocno praktykowana. Do Kościołów uczęszcza zaledwie 5 % całej populacji. I my tutaj nie zauważyliśmy tłumów przybywających do naszego Kościółka, po sąsiedzku. Także raczej modły odbywają się w domach.
A domy w Danii są bardzo proste i otwarte. Nie zauważyłam firanek w oknach, wszystko co w środku widać jak na dłoni. Tym bardziej, że okna są na poziomie klatki piersiowej! I to średnio, wysokiej osoby. Także trzeba mieć ciągle posprzątane:) nie wiadomo kto patrzy do środka.





W Danii żyje się spokojnie. Mieszkańcy są wyluzowani, pozytywnie nastawieni i radośni. Po mimo deszczowej i wietrznej pogody, tubylcy cieszą się życiem. Poubierani w przeciwdeszczowe płaszcze i kalosze kroczą sobie po ulicach, z zadowolonymi minami. Biegacze jakby w ogóle nie zauważali pogody truchtają po długich ulicach, a rowerzyści w mokrych ubraniach suną po wszędobylskich trasach, świetnie dla nich przygotowanych. Wszyscy z "zacieszem" na twarzy. To niebywałe, u nas dawno człowiek żył by w depresji, narzekał na aurę i złorzeczył na Boga. Ale nie w Danii, w Danii jest luuuuz:) I o dziwo przekłada się to też na nas. Spokojnie i z uśmiechem zwiedzamy co się da.
A zwiedzać jest tutaj co, bo Dania, a zwłaszcza Jutlandia są piękne! Ale to w kolejnych postach.
Póki co słów jeszcze kilka o tym pięknym kraju.
Językiem urzędowym jest tutaj oczywiście duński, ale większość mieszkańców mówi po angielsku. Znają też niemiecki, jednak nie przepadają za tym językiem i Niemcami, więc lepiej "speakać" niż "szprechać".
Dania jest monarchią konstytucyjną, której najwyższym władcą jest Król lub Królowa.
Sam kraj leży na wielu małych wyspach, rozrzuconych na Morzu Bałtyckim i Północnym. Komunikację między wyspami zapewniają tunele, mosty i promy. Wszystko jest bardzo dobrze zorganizowane.

Do morza jest zewsząd blisko, co zapewnia rześki i zdrowy klimat mieszkańcom Kraju. My jesteśmy klimatem zachwyceni, babci przeszedł reumatyzm, Yśka śpi niemal całe noce, dziadzia nie choruje, a my z Łajzem dostaliśmy apetytu. Niestety, w sumie jest to apetyt głównie na jedzenie, o zgrozo, ja już ważę 5 kg więcej! Ale wszystko tutaj tak smacznie smakuje! Może, po za przysmakiem Duńczyków- świńską skórą.


 Jakież to jest okropieństwo, smakuje jak słonina. Niby głównie je się to, coś do piwa, ale nawet z piwem nie ma dla tego ratunku, bleee. Oczywiście Wojtek jest innego zdania i zajada się tym niczym polskim paluszkami, no cóż o gustach się nie dyskutuje.
Mi smakują, z kolei duńskie sery, pasztet z wątróbek, a także dżemy. Warto ich tutaj pokosztować.
Z rzucających się w oczy rzeczy, w Danii jest wiele tras rowerowych, a rowerzystów jest więcej niż pieszych. Wszyscy w kaskach.


Chociaż ludzie w Danii lubią poimprezować i dużo piją, dbają też o swoje zdrowie. Są wielce aktywni i uprawiają dużo sportów, w weekendy z kolei pozwalają sobie na więcej.
To tyle na wprowadzenie, jeśli coś mi się jeszcze przypomni, na bieżąco będę pisać, w ramach kolejnych postów. Ogólnie czujemy się tutaj dobrze i młodo:)
Pozdrawiamy Polskę i już niebawem tworzymy kolejny duński post, z Silkeborga. Cmok, cmok!

poniedziałek, 11 września 2017

Wspomnienie Skalnika

Segregując zdjęcia przypomniałam sobie, o niedawnej wycieczce, którą odbyliśmy na kolejny szczyt do Korony Gór. Mianowicie na szczyt Skalnik w Rudawach Janowickich.  
Podróż odbyliśmy wspólnie z kuzynko- ciocią Julią, która jeszcze w tedy miała wakacje:) (Teraz to już tylko nauka moja droga).
Sama trasa na szczyt była wymagająca. Patrząc oczywiście pod kątem "iścia" z dzieckiem. Wózkiem się tam na pewno nie pchajcie, nie da rady. Mała siedziała grzecznie u taty na plecach całą drogę na górę, a później całą drogę w dół. Ja oczywiście bałam się trochę tego wchodzenia, bo było stromo i teren kamyczkowaty, śliski i według mnie trochę trudny na takie eskapady. Męski Łajz jednak był ostrożny i bezpiecznie udało się zaliczyć trasę.







Wpływ na ciche siedzenie małej na pewno miały bardzo ładne widoki, które można podziwiać po drodze. Dziewiczy krajobraz lasu wpływał na nas kojąco. Było miło, cicho i spokojnie. Pogoda rozpieszczała, a i ludzi jakoś tak mało się kręciło. Wszystko to miało wpływ na nasze dobre nastroje:)



W drodze na szczyt można popatrzeć na bezkres, dzięki dawnej wieży widokowej. Znajduje się tam ławka i metalowe zabezpieczenia. Pięknie jest tam moi mili.
Niedaleko wieży widokowej znajduje się szczyt Skalnika, który liczy sobie 945 m n.p.m. Wcale nie dużo, aczkolwiek wdrapać się z dzieckiem na plecach, to trochę jest.
Na górze przyjemna "kaczka", której się naszukaliśmy dość długo. Opis trochę na okrętkę nas zmylił, ale po jakimś czasie w końcu ją złapaliśmy.
Bardzo przyjemna, miła podróż. Polecamy.
Ps. A już niebawem raport z Danii. Dzieje się.