niedziela, 23 lipca 2017

Skansen w Borówku i Golfowy Pałac Brzeźno

Niedawno, nudząc się do potęgi, mając dzień "Nie wiem co mam robić", zdaliśmy się na innych i odwiedziliśmy Pałac w Brzeźnie. W wypchanym po brzegi dyliżansie, zajechaliśmy najpierw do skansenu w Borówku. A tam, jak by czas się zatrzymał... Trochę mroczno, trochę fajnie, przygodowo. Można zgarnąć tu kesza, więc chyba warto (my niestety się nie doszukaliśmy, bo mała chciała jechać dalej, co skutecznie okazywała).




W tym obiekcie fajne były ścieżki edukacyjne, np. co ile się rozkłada, albo takie z opisem roślin. Na uboczu pasły się dwa koniki, jeden z niebywale niebieskimi ślipiami, które jak Cię dopadły, przyprawiały o dreszcze. Blisko nich budynek z nieczynnym barem i przedsionkiem, do którego można wejść i pooglądać dawne maszyny, chyba rolnicze. Ogólnie miejsce, widać przygotowane, pod imprezy, eventy, ale jak takie wyludnione, to jednak trochę upiorne.
Przejdźmy jednak do meritum, a nim Pałac w Brzeźnie. Obiekt pochodzi z początków dziewiętnastego wieku. Pałac jak i Park wkoło, są zabytkami. Na przestrzeni lat niestety miejsce popadło w ruinę, jednak w roku 1999 Pałac znalazł właścicieli i został stopniowo odrestaurowany. W chwili obecnej można cieszyć się wspaniałym widokiem modernistycznej budowli. W środku można podziwiać zabytkowe meble i aranżacje na styl starodawnego, szlacheckiego majątku.



Po za Pałacem, jest jeszcze piękny ogród, który pozwala na aktywne spędzanie czasu, min. grając w mini golfa. Swoją drogą trzeba kiedyś spróbować, ciekawe czy dostarcza to tyle frajdy co bieganie:D?
Nasza paczka, przechadzała się, niczym szlachcianki i szlachcice po wielkich włościach.




Podziwialiśmy zadbane tereny, obserwowaliśmy ludzi oddających się swoim pasjom, dyskutowaliśmy o możliwościach, które niesie to miejsce. Na pewno można oddać się zabiegom spa, przespać w niebywałym hotelu, powędkować, czy pograć w tenisa. Wiadomo trzeba mieć na to trochę funduszy, my pozostaliśmy przy spacerowaniu i planach:)



A może i Wy znajdziecie tu coś dla siebie? Jak będziecie w pobliżu, koniecznie wpadnijcie, chodź na krótki spacer.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Zoo Wrocław

Zachęceni ostatnimi komentarzami na blogu, postanowiliśmy wybrać się do zoo. 
Wrocławski obiekt, po którym spacerowaliśmy, jest najstarszym (150 letnim), ogrodem zoologicznym w Polsce. Żyje tutaj około 12000 zwierząt. 
Zoo jest bardzo fajnie zorganizowane, podzielone na pawilony i oznakowane. Znajduje się tutaj również, dość świeże Afrykarium, które robi duże wrażenie.
Ogród we Wrocławiu z naszej perspektywy jest ogromny. Nie szło zejść wszystkiego w jeden dzień. Pokręciliśmy się jakieś cztery godziny i mam wrażenie, że nie przeszliśmy nawet połowy. Yśka ganiała, latała, z niemal wywieszonym językiem chłonąc obraz zwierząt niczym najpiękniejsze przedstawienie. Nie poszła nawet spać, póty nie wyszliśmy z obiektu.
I faktycznie gatunki zwierząt, a także sam park są urocze i bardzo interesujące. Młoda mogła, oprócz patrzenia, także dotknąć zwierzątka. Ha! nawet podkarmić (specjalną strawą) małe kózki, które kręciły się koło dzieci, wywołując tym ogólny entuzjazm.
Oceanarium także zrobiło wrażenie. Ja sama przeniosłam się trochę w inny świat, czując się, niczym bajkowa syrena, w wodnym życiu. Świetne są te akwaria, morskie stworzenia, woda nad głową.





Niebywałe uczucie, stąpania po nieznanym terenie. Idziesz, a nad Twoją głową płynie sobie rekin, gdzieś tam dalej majestatycznie rozciąga się płaszczka, a jeszcze gdzie indziej zdziwiona złota rybka stara się nie zostać obiadem. Można stać i wlepiać się tylko w to, niecodzienne przedstawienie, godzinami. Ale jest tutaj tyle ciekawych istnień, że ze smutkiem trzeba opuścić to magiczne miejsce, tak by zobaczyć też inne, zwierzęce opowieści.
Poznaliśmy wiele zwierząt; fokę, modelkę, która popisywała się stylem pływackim. Pingwiny, które akurat miały obiad i ze słodziaków zmieniły się w drapieżców:) Żyrafę, która chętnie jadła drzewa, bo ciężko było jej się schylić po normalne jedzenie. Były także małpy, które niebywale przypominały człowieka, tak siedziały i gapiły się, a ich oczy mówiły; "Co tak stoicie? Nie ma tu co oglądać. Zaraz do Was dołączymy". Były lwy, które w ogóle nieprzejęte zasnęły na plecach, oczekując, jak to króle specjalnego traktowania, drapania, miziania. I wiele, wiele innych świetnych, barwnych, cudnych zwierząt, które można było by opisywać w wielu osobnych postach. Polecamy zobaczyć i stworzyć sobie swoją opowieść.






Zoo i Afrykarium we Wrocławiu to miejsce, które trzeba zobaczyć. Polecamy serdecznie, jak będziecie w pobliżu rezerwujcie sobie przynajmniej pół dnia i idźcie zwiedzić zwierzęcy ogród. Dziękujemy kuzynko/ cioci, pannie J., za miłe towarzystwo, wiemy, że i Tobie się podobało. 

poniedziałek, 3 lipca 2017

Wielka Sowa

Szczyt Wielkiej Sowy zdobyliśmy spontanicznie. Podczas urlopu tacierzyńskiego, który męski Łajz niedawno wykorzystał. Och, jak szkoda, że to już za nami...Pozostaje tylko czekać do kolejnego urlopu (broń Boże tacierzyńskiego!).
Na Sowę wdrapaliśmy się z Marysią, tym razem z plecakiem. Wybraliśmy najprostszy, według nas, szlak- żółty. Po mimo, że fajnie i szybko się nim wchodzi, jest nie do pokonania z wózkiem.


Plecak turystyczny jest wspaniałą rzeczą na takie wędrówki. Moja ukochana Tula świetnie się sprawdza, ale w góry, jednak trzeba konkretnego, sprzętu noszącego. Plecak jest wygodny, lekki, mała super zadowolona, podziwiała mijane widoki.







A same widoki przednie! Góry są piękne, takie odświeżające, bezkresne. Człowiek idzie, poci się, sapie, stęka, ale twarz się cieszy, umysł odpoczywa.
Wielka Sowa liczy sobie 1015 m.n.p.m, tym samym będąc najwyższym szczytem w Sudetach Środkowych. Nie jest jednak, jakoś bardzo wymagająca. Wejście na górę zajęło nam 40 minut, po drodze podejmując jeszcze kesza. Jest, co prawda, bardziej stroma niż Ślęża, ale idzie się naprawdę przyjemnie i żwawo.




Sówka jest typową Górą na weekendowy spacer. Taki na luzie, że nie trzeba lecieć rano, szybko, szybko, tylko spoko, wyspać się, pogotować i można wchodzić. My zaczęliśmy się wspinać dopiero po 14.00.





A na szczycie młoda trochę połazęgowałą. Męski Łajz poleciał zdobywać kesza, a ja się luzowałam i odpoczywałam. Na samej górze jest wieża widokowa, na którą trzeba wejść jeżeli chcemy zobaczyć coś z góry. Ja się wspięłam na wieżę, na górze robiąc trochę zdjęć.
 Powrót po 17.00 i jakoś to świetnie wyważyliśmy, bo tylko zeszliśmy i rozpętała się ogromna burza. Nic tego nie zapowiadało, niebo czyste, ładna pogoda. Cóż góry są nieprzewidywalne, więc jak prognozują deszcz, a tu, jakoś na niego się nie zapowiada, nie znaczy to, że zaraz nie będzie urwania chmury.
Na szczęście udało się i tym razem szczęśliwie wrócić do domu.