czwartek, 29 czerwca 2017

Grupowe Międzywodzie

Nie dalej niż tydzień temu wróciliśmy z Międzywodzia, a już to tak odległe wspomnienia... Tęskni się za morzem jeszcze bardziej niż przed wyjazdem. Teraz wiadomo, że jakiś czas nas tam nie będzie i jakoś tak smutno. Ale nie ma tego złego, bo że się wróci to pewne, więc znów jest na co czekać.
Do Międzywodzia wybraliśmy się tym razem grupowo. Zamówiliśmy sobie chatkę z drewna i niczym w komunie, zamieszkaliśmy w niej w siedem osób. Można? Pewnie że można !
Do Międzywodzia ruszyliśmy rano, a nawet dla niektórych w nocy. O 4 AM gnaliśmy już przed siebie. Polecam takie rozwiązanie przy dzieciach, które średnio lubią podróże samochodem. Marysia dzięki temu spała w aucie aż 3 razy i zniosła podróż naprawdę nieźle. Po drodze wiadomo jakieś 2 większe przystanki, żeby nasz Gagatek mógł trochę pochodzić (odkąd się nauczyła tylko by biegała). Około 10 już byliśmy na miejscu, gotowi do plażowania. Szybkie rozpakowanie w domku, który jeszcze był sprzątany. Pani zgodziła się na zostawienie rzeczy w lodówce (oczywiście wieźliśmy ze sobą nawet jajka, bo takie od kurki wolno - chodzącej najlepsze, jak byśmy takie dostali na wyjeździe?) i na plaże.
Cudowne wejście na plaże, ten taki moment przywitania się z morzem, takie błogie uczucie, że wraca się do dawno nie widzianej miłości. Do kogoś za kim się ciągle pamięta i tęskni, też tak macie, czy z nas jakieś freaki morskie?

A na samej plaży gorąco, fajnie, morze szumi, mewy latają, ale nienachalnie. Ludzi jeszcze nie za wiele. Nawet nasza Ysia jakaś taka wesoło pobudzona, szczęśliwa. Bez problemu zapoznała się z morzem, piachem i całą tą atmosferą plażowania. Także jak by to powiedzieć klimat sprzyjający i małym i dużym. Zanim na dobre wpakowaliśmy się z manelami do domku, już nas delikatnie piekło tu i ówdzie.

Dzięki Bogu Maryśka wysmarowana 50 filtrem nie miała nic czerwonego. Ha, przezorna mama- ubezpieczone dziecko! A nas jak trochę uwędzi to trudno...
Co do maneli to chyba trochę przegięłam. Zabrałam cała szafę dziecięca, łącznie z kurtką zimową Ysi i szalikami, cóż... Naszych rzeczy niby też jakoś dużo nie było, tylko 3 torby. No dobra plus plecak i 3 reklamówki 😂 Auto wypakowane po brzegi... Ale musiałam mieć wszystko jak należy, w końcu pierwsza taka długa podróż (fakt, że później robiłam 4 prania i do tej pory nie mogę ogarnąć chaty jest drugorzędny). Teraz będę wiedzieć lepiej.
Kolejna ekipa dołączyła do nas po delikatnych perturbacjach. Mianowicie około 150 km od Międzywodzia zepsuło im się auto, straciło moc, koniec nie jedzie. Na szczęście przezorna panna R. miała wykupione ubezpieczenie, które zapewnia darmową lawetę do 200 km. Dołączyli zatem do nas w delikatnych godzinach wieczornych. Nie popsuło to nam bardzo humorów, chociaż parę dni mieliśmy zagwozdkę, co tam się w ogóle podziało i czy cena naprawy nie zwali nas z nóg. Okazało się później, że pierdoła, na szczęście.
Dobra, do konkretów, bo nie powiedziałam Wam jeszcze nic o Międzywodziu. Otóż jest to mała mieścinka, która tak naprawdę przynależy do Dziwnowa. Położona jest na wyspie Wolin. Międzywodzie ma bardzo czystą, szeroką plaże, przecudne wręcz wydmy (które zamknięte są dla turystów, dlatego może są takie dziko- piękne).
Woda jest tutaj autentycznie, cieplejsza niż w dalej wysuniętych miejscowościach. Jest też czysta, nie pływają farfocle, meduzy i inne dziwne rzeczy, które przyprawiają o szybsze bicie serca, jak przyczepią się nogi.


Co do samej miejscowości i serca miasteczka- czyli nadmorskich straganów i budek z jedzeniem jest średnio. Ulice włączone do ruchu, idzie dużo ludzi, w bardzo bliskiej odległości jedzie auto, chodniczki malutkie, że nie wyminie się drugiej osoby. Infrastruktura, taka sobie. Główna ulica z jedzeniem, piciem i pamiątkami, jest też główną ulicą prowadzącą do kolejnych nadmorskich Miast... Cóż przy wynajmowaniu patrzcie koniecznie czy nie rezerwujecie lokum przy tej drodze, bo wala tam auta non stop i może być to uciążliwe. To tyle jeżeli chodzi o plusy i minusy, reszta jest jak w każdej miejscowości nadmorskiej. Są gofry, są lody, chociaż nie trafiliśmy na takie w 100 % nadmorskie, takie wiecie, śmietankowe, że aż w głowie się kręci od tej pyszności i twarde, że zęby bolą. Nie było też najgorzej, przyzwoicie! Może i dobrze, że nie było takich maga wypasów, bo pewnie zamiast 4 zjadłabym 10:D A wiecie, że z nas teraz sportowcy pełną parą i ten teges, nie przystoi 💪😉 A co do sportów, trochę pobiegaliśmy, trasy do biegania fajne, dobre też na rower. Z bieganiem nie przeginaliśmy, mając na uwadze, że to w końcu wakacje! Jednak jak już wyszliśmy na przebieżkę, była to czysta przyjemność. Pomyślałam nawet, że jak wrócę do codzienności i nie będzie mi się czasem chciało to cofnę się wspomnieniem do tych kilometrów zrobionych na plaży. Bezcenne!
Co do keszy, oczywiście super. W miejscach takich, że przy bieganiu można było przygarnąć.




Miejsca ukrycia ciekawe, miłe, do spacerów. Park, który jakoś tak byśmy przeoczyli, dzięki skrzyneczce odwiedzony, było warto, bo urokliwy.


Męski Łajz odwiedził także ruiny dawnej jednostki wojskowej, gdzie było trochę adrenaliny i strachu. Kesz super wykonany, przygodowy, dla odważnych (mnie tam nie było, ale z opowiadań się bałam, więc kto chce ryzykuje, ja nie:)).
Tydzień minął bardzo szybko. Było co robić, mieliśmy wielu pilnowaczy, którzy świetnie się spisali przy opiece nad dzieckiem, dziękujemy. Ysia pokochała morze, tak jak i my i ciężko jej było wrócić do rzeczywistości. A jeszcze bardziej pokochała wypaśny plac zabaw, przed domkiem, na który wybierała się już od rana. Tylko otworzyła oczy było; "opuuu, opuuuu"- czyli chce się huśtać na huśtawce. Kto po śniadaniu ten idzie😉


Polecamy serdecznie Wam Międzywodzie. Polecamy morze. I życzymy pogody.


czwartek, 8 czerwca 2017

Kobiety na start

"Kobiety na Start" to moje pierwsze zawody biegowe, na dystansie 5 km. Odbyły się one w Legnicy 3 czerwca.
Ogólnie jestem zadowolona, że wzięłam udział. Fajna trasa, dużo ludzi, uczestnicy- same kobiety.
W między czasie można było porozmawiać z dietetykiem, rozgrzać się podczas zumby, posłuchać bardzo ładnie śpiewających dzieciaków. Na trasie było trochę profesjonalnych fotografów, którzy cykali zdjęcia, z jak najlepszej perspektywy 😂 Z tych zdjęć właśnie dowiedziałam się, że nie biegam jak łania, a jak tur, wół, bądź koń 😃 Dobra jest, byle by się nie przewracać, a postawę poprawi się.




Jest jednak i trochę minusów. Samo przygotowanie trochę kulawe, chaos informacyjny, opóźnienie startu, pakiety startowe, hmm jakie pakiety startowe? Toż to sam numerek i jakieś saszetki kremów, czy innych pierdów. Do tego woda zamiast w pakiecie startowym, na końcu, no i właśnie tej wody mi zabrakło. Mój Wojtuś przekonywał, "nie bierz ze sobą żadnego picia", będzie na miejscu, albo na punktach podczas biegu. No i co? No i nie było... A gorąc i emocje, że w ogóle się startuje w zawodach skutecznie mnie opóźniły. Tak słabego czasu, jak na tych zawodach, dawno nie miałam:( I to trochę podcięło mi skrzydła. Do mety dobiegłam ledwo dysząc, a przecież to dystans, który na luzie biegam na co dzień.


Z takich fajnych rzeczy bardzo ucieszyło mnie to, że była to swojego rodzaju impreza rodzinna. Kobiety biegały, a ich partnerzy kibicowali, zajmowali się dzieciakami, robili zdjęcia. Dzieciaki, później też mogły pobiegać i po rywalizować. Ogólnie taki mi się wyłonił obraz aktywnej rodziny. Tato opiekuńczo- dba by mama mogła się sprawdzić, zrobić coś dla siebie. Pewnie działa to też w drugą stronę, kiedy zawody ma tato (my do tej pory jeździłyśmy wszędzie za naszym Wojtkiem i kibicowałyśmy, kiedy On biegał).


Same kobiety bardzo różne. Młode- w średnim wieku, chude- przy kości, wydzierane- wymalowane, przekrój cały. I to było super, naprawdę super, że każda kobieta, niezależnie jaka jest, robi coś dla siebie. Bo przecież sport to coś co nas rozwija, dodaje pewności siebie, pozwala walczyć z przeciwnościami. I jestem pewna, że te kobietki, na co dzień też w jakimś stopniu dbają o siebie. Na zasadzie, że im większą wagę przykładam do własnego zadowolenia, wszyscy wkoło mogą też z niego czerpać.



Jak by nie było byłam, sprawdziłam się, jestem zadowolona. Polecam każdej mamusi znaleźć swoją odskocznie, dla mnie na wszelkie smutki, jest nią teraz- bieganie:) A Ty droga mamo, masz swoje hobby? Chociaż godzinę w ciągu dnia dla siebie?
Polecam bieganie każdej kobiecie i mężczyźnie oczywiście też.
Ach dziękuje Ci partnerze mój, że zaszczepiłeś ponownie we mnie tego bakcyla.
To co teraz start na 10 km? Ha Ha , jak to będzie zobaczymy. (Na pewno biegam tylko z wodą!)
Ps. Męska połowa już szuka dłuższych biegów:D