wtorek, 9 maja 2017

Wózkiem na Ślęże

Zagadka rozwiązana:) W ostatni dzień naszej Majówki zawędrowaliśmy aż na Ślęże.
Taka propozycja pojawiała się już wcześniej, ale ciągle rozważaliśmy wypożyczenie lub kupienie nosidła. A tu Wojtuś już od rana męczy bułę "Jedziemy na Ślęże, weźmiemy wózek". Pierwsze myśli, które się pojawiły były niecenzuralne:) Ale wiecie jacy faceci potrafią być przekonujący, proszący... A ten tu jeszcze w takim słabym humorze chodzi, no to jak mu odmówić? Dobra, szybko dwa dania dla małej upichciłam, parę kanapek dla nas i jedziemy.
Trasa spoko, dosyć szybka (fakt kto by jechał do Sobótki jak zimno, siąpi i nie wiadomo czy się zaraz mega nie rozpada, tylko łajzy takie), także cóż, przejezdna droga. Wybraliśmy dla naszej gromadki szlak żółty w przełęczy Tąpadła, czyli najprostszą drogę na szczyt.
Napis na szlaku zapowiedział godziną, pieszą wędrówkę. Ja jakoś dalej nie byłam przekonana i napisze wam, że się trochę obawiałam. No bo to jednak góra, mała, bo mała, ale góra. Pamiętam, że już razem z moim Łajzem byliśmy na Ślęży i kurcze, było ciężko, to co teraz z wózkiem? No tak wątpliwości i o zgrozo pogoda sprawiły, że trochę się wewnętrznie mazgaiłam. No ale co, witaj przygodo i do przodu!
Na te moje wewnętrzne rozterki, o dziwo, jak balsam podziałała mgła. Już za pierwszym zakrętem zrobiło się tajemniczo, i enigmatycznie. Mała oczywiście po pięciu minutach głodna, płacze ze zmęczenia, to ją gdzieś tam w kucka, przy kamieniu nakarmiłam i zaraz poszła spać. Szkoda, że nie zobaczyła tego mlecznego przedstawienia, ale z drugiej strony spokój i bez płaczu.

No to jak śpi to trochę goniliśmy, żeby nie odczuła niedogodności po drodze. A trochę ich było, bo błoto wszędzie, trzeba było po kamieniach pojeździć żeby je ominąć. Ale ogólnie spoko, trasa na prawdę nadaję się na spacer z wózkiem. Widoki pierwsza klasa, powietrze cudowne! To co uwielbiamy najbardziej- natura, wspaniała natura.


W zasadzie całą drogę na górę mała spała, my wchodząc rozmawialiśmy, celebrowaliśmy wspólny czas. Ale też można powiedzieć, że zaliczyliśmy niezły trening, bo wszystko działo się w bardzo krótkim czasie. Jeden przystanek w zasadzie na kanapkę i tyle.
Ani się obejrzeliśmy, a tu szczyt góry. Także miło, sympatycznie i bez problemów. Szliśmy razem z przystankiem około godziny.
Na górze niestety dalej mgła, więc za dużo nie widzieliśmy. Weszliśmy na ciepła herbatkę do Ośrodka i przybiliśmy pieczątki, bo nie wiem czy pisałam, ale jesteśmy w trakcie zdobywania Korony Gór Polskich:) (nowy pomysł mojego Łajza). Powoli, nie martwcie się nie ma tu określonego czasu, ani kolejności zdobywania szczytów, więc może to przeżyje.

Droga powrotna już trochę trudniejsza, Maryś wstała i nie chciała dać się posadzić w wózku. Dziecko nasze, chce już biegać, co ją obchodzi, że jesteśmy w trudnym terenie, ona chce na swoje nogi, albo na czworaka, byle sama. Także, po mimo, że wzięliśmy chustę Wojtek schodził z młodą, samodzielną istotką na rękach, w ten sposób nie płakała.

Spytacie, no dobra a co z keszami? Cóż na tej trasie trochę posucha, zgarnęliśmy niestety tylko jednego. Chociaż na innych szlakach jest ich całkiem sporo. Ten, łatwy żółty, niestety nie przewiduje za dużo szukania. No cóż szkoda, fajnie było by przy okazji coś więcej znaleźć, ale nie można mieć zawsze, wszystkiego.

Ogólnie wyjazd zaliczamy do udanych, chociaż wydawać by się mogło, że warunki atmosferyczne nie sprzyjały, wózkiem nie da rady wjechać pod górę, a Ysia jest za mała.... To patrzcie udało się. Warto czasami pokonać trochę trudności, by móc coś doświadczyć, by coś przeżyć. A wrażenia niesamowite, polecamy każdemu.
 

sobota, 6 maja 2017

Zamkowe Wojnowice

Kolejny dzień majówki, kolejny dzień przygód. Chociaż sam początek nie zapowiadał się fajnie i aktywnie, to koło 14 w końcu zdecydowaliśmy się, na ruszenie naszych trzech szanownych w Świat:) Mamejski humor i szarówka pogodowa i w ogóle jakieś takie ogólne rozedrganie sprawiło, że nie chciało nam się za daleko oddalać od domu. Męski Łajz zdecydował i wywiózł nas w ekstra miejsce w pobliżu. Otóż trafiliśmy do Wojnowic, a Wojnowice to wieś niedaleko Miękini, a tam perełka! Zamek na wodzie, który dech zapiera.


 

 W XIV wieku była to siedziba rycerska, prawdopodobnie folwark. Sam Zamek jest budowlą obronną na wodzie i to niezwykle rzadką w Polsce. Na przestrzeni lat charakter architektoniczny budowli został niemalże nienaruszony, co jeszcze mocniej działa na wyobraźnie zwiedzających. W tym pięknym budynku mieści się hotel i restauracja (źródło http://www.zamkipolskie.com)
Wokół budynku rozciągają się tereny zielone, z różnymi gatunkami roślin i drzew. Jest też miejsce na ognisko, jakiś zbitek kamieni, który może był jakimś ołtarzem? Albo jakimś tajemnym przejściem?


Co to mogło być? Zachodziliśmy w głowę, tworząc swoje historię, które pozwólcie, że zachowamy dla siebie. Co byście po drugiej stronie nie pospadali z krzeseł:D



Powiem Wam, że ogólnie cały obiekt taki tajemniczy i astralny. Fajny do tworzenia swoich opowieści, bo w sumie nie wiadomo za dużo o terenie wokół i samym Zamku. Działa to, przynajmniej na nas dość pobudzająco.
Oczywiście do budowli doprowadziły nas nasze ulubione kaczki i także tutaj szybko przytuliliśmy parę skrzyneczek. A skarby są z serii Go Wro- czyli Geocachingowej Obwodnicy Wrocławia, która biegnie wzdłuż żółtego szlaku turystycznego. Same kesze z owej serii naprawdę zawsze świetnie przygotowane, w bardzo ciekawych i różnorodnych miejscach, o zróżnicowanej trudności. Warto tę serię podjąć, jak najbardziej, chociaż trzeba ją sobie rozłożyć czasowo, bo liczy naprawdę sporo keszynek.


Takie spacerki sobie urządziliśmy, na takim łonie natury, a co, na poprawę humoru:) Było przemiło, kapitalnie, a wszystko parę kilometrów od domu. Geocaching to super sprawa, pozwala na spędzenie czasu aktywnie, zdrowo i interesująco.

piątek, 5 maja 2017

Gooooool w Lubinie

Majówkę rozpoczęliśmy całkiem sympatycznie. Pierwszy wyjazd do Lubina dał nam power na kolejne dni łazęgowania:)
Pogoda w tym roku nie rozpieszcza, bawi się z nami delikatnie mówiąc w kotka i myszkę. Ale teraz nie daliśmy się zrobić, nie wierzyliśmy, że kolejny dzień będzie padać i ruszyliśmy w podróż.
I słuchajcie przegnaliśmy ciemne chmury:)
Ze Słoneczkiem za pasem ruszyliśmy na podbój Leśnego Parku w Lubinie.


A tam całkiem sporo keszynek, w większej części to Gol (czyli geokeszingowa obwodnica Lubina licząca sobie aż 26 kilometrów)!
Było też parę keszy z serii na kijki, która też jest całkiem spoko.
Ogólnie nasze wrażenia w tym miejscu bardzo pozytywne. Chociaż szkoda, że nie udało się całkiem odciąć od aut, to i tak panuje tu względny spokój. Kesze, które zbieraliśmy znajdują się w okolicy działkowej, która w majówkę tętniła życiem:) Takie odnieśliśmy wrażenie, że Lubinianie, bardzo dbają o swoje zielone tereny i lubią spędzać czas na działkach. Wiele rodzin, z dziećmi, wszystkie tereny takie zadbane, wymuskane, nawet domki na drzewach dla dzieciaków pozbijane. Naprawdę zrobiło to na nas niezłe wrażenie i aż miło w tej rodzinnej okolicy było pospacerować.




Co do keszy, przygotowane starannie, w fajnych miejscach. Pokazały nam Lubin trochę z innej strony, z wolną przestrzenią, zielony, cichy i taki mega ciepły. Pojemniki bardzo dobrze zachowane, widać chłopaki dbają o swoje! Chwali się, chwali. Zbieranie skarbów było przyjemnością, oddechem i czymś co potrzebowaliśmy na rozpęd i rozkręcenie.



Bardzo ciekawe są również tu opisy do skrytek. Wszystkie są "jakieś" i to jakieś podoba nam się, bo jest edukacyjne, można się dowiedzieć czegoś o mieście, bądź o gatunkach roślin występujących na tym terenie. Brawo, to jest naprawdę spoko.
Spacer zaliczamy do udanych, było bardzo miło i przyjemnie. Zrobiło się żółciej na naszej mapie geokeszingowej:) Fakt, że oczywiście zgubiliśmy się w plątaninie działek, bo chciałam na skróty. Małą karmiłam w lesie na kucaka:) a pogoda raz nas rozbierała, raz ubierała, to i tak wyjazd zaliczam do bardzo udanych.