poniedziałek, 6 czerwca 2016

Rodzinny Milicz

Przyszedł w końcu czas Wojtkowego urlopu:) A jak Wojtek ma urlop, to...  ja nie mam spokoju... Mój pracuś dostaje świra aktywnościowego, już od mniej więcej 9.00. Ciągle pytając; "Kotuś to co tam dzisiaj robimy" ?? Także cóż, chcąc nie chcąc, trzeba się zwlec z wyra i działać, inaczej mój mężczyzna, pozostawiony sam sobie rozwali chałupę... Po zrobieniu wielu potrzebnych rzeczy przed porodem, czyli głównie generalnemu sprzątaniu (wicie gniazda jest moim priorytetem od jakiś dwóch tygodni) i wielu niepotrzebnych- jedzeniu piątego w tym dniu posiłku (a jest dopiero 12!), kombinujemy gdzie by tu się ruszyć...
A w weekend pogoda rozpieszczała... No to gdzieś nad wodę trzeba gnać... Zachęceni ilością keszy zdecydowaliśmy się na wyjazd do Milicza. Rozplanowaliśmy to strategicznie, biorąc ze sobą miłe towarzystwo, które męskie - zdecydowało się na rowery, a damskie leżing, plażnig. Wszyscy zadowoleni, perspektywą spędzenia miłego dnia. 
Fakt, że już od początku się nie bardzo układało... Otóż nie mogliśmy znaleźć żadnego leżaka, który wygodny, byłby dla mnie siedziskiem (uwierzcie mi można skonać na kocu w 9 m-cu ciąży), wzięliśmy krzesło. Wyjechaliśmy dużo później, bo jak się okazało nie mogliśmy też namierzyć drugiego roweru, który ukrył się tak skutecznie w którymś z garaży taty, że w efekcie Tommi śmigał na mojej damce:D Cóż nie straszne nam przeciwności losu... Jedziem... 
Cały wyjazd obgadałam z kolegą Mirkiem, który zacnie podpowiedział mi gdzie warto w tym Miliczu spędzić czas. I tak wiedząc już mniej więcej, co z czym zajeżdżamy nad "Zalew Milicki". A tam cóż, szału ni ma... nic a nic, trawa nie wykoszona, cienia zero, ludzi mało... Jakoś taki, za bardzo spokój i cisza... Podłamane perspektywą plażingu i leżingu głównie z mrówkami i innymi małymi robaczkami (na kocu w ciągu paru minut miałyśmy już pokaźną rodzinkę), zdecydowałyśmy się przenieść na basen OSIR w Miliczu. Tam już lepiej, fakt; dopiero nalewali wodę, to co było w środku basenu to kijanki i żaby, brud ogólny, jak i zero toalety, ale cóż trzeba się cieszyć dniem, jest dobrze! Przynajmniej drzewa zapewniły nam względny spokój...:) Swoją drogą szkoda, że jeszcze nie sezon, pewnie było by całkiem przyjemnie (czyt; otworzyli by toaletę!).

Ach, dużo nam nie trzeba, fajnie że mogłyśmy posiedzieć sobie razem, pogadać. Powietrze miło na nas wpłynęło, trochę w tym szlamiku pomoczyłyśmy nogi, trochę pochodziłyśmy, ufff, ciśnienie zeszło:) Przyjemnie się zrobiło, zwłaszcza jak znalazłam miejsce do "siusiania" prawie incognito:)
A chłopaki, wskoczyli na rower i w drogę. Bardzo się cieszę, że mógł choć jeden Łajz popedałować sobie, pozbierać kesze i tak fajnie, aktywnie spędzić czas. (Strasznie, ale to strasznie brakuje mi w ciąży mojego roweru... )
Milicz to oaza rowerzystów! Okazało się, że wszędzie porobione są świetne ścieżki rowerowe, które bardzo zachęcają do jeżdżenia.




Super przyjemne widoki mijane po drodze, na bicyklu, zwłaszcza przejechanie wzdłuż stawów, bardzo miłe doświadczenie. Wszędzie gdzie nie spojrzeliśmy, ludzie na rowerach, tylko mocno pozazdrościć infrastruktury Miasta.
Jeżeli chodzi o keszyki, niestety dość duża ilość DNF, takich już starszych, warto byłoby reaktywować, albo zawiesić, bo szkoda czasu. Te, jednak, które dały się znaleźć bardzo przyjemne, o różnych stopniach trudności i ciekawych rozwiązaniach maskowniczych, także było miło je podejmować.




W dość szybkim czasie wskoczyło nam 6 keszyków, w bardzo przyjemnym towarzystwie i atmosferze, ach mój Łajzie zazdroszczę jak nic.
Jak oni tak przemierzali te milickie tereny, my spiekłyśmy tyłki (zwłaszcza Natala, oj maślanka jak nic poszła wieczorem w ruch). Obgadałyśmy całą sytuację w Kraju jak i w naszych domach:) Przeczytałyśmy dwie gazety,towarzysząc chwilowo w życiu Gwiazd. Parę razy wybrałyśmy się w okoliczne krzaki, nawet nie pytajcie po co...
No i w końcu po, jakiś trzech godzinach wrócili, nasze chłopaki:) Zadowoleni, spieczeni słońcem, zapoceni i głodni. Na szczęście mieliśmy cynę gdzie zjeść najlepszą rybkę (dzięki Mirek, faktycznie było to niebo w gębie). Gdybyście byli w okolicach knajpka "U Bartka", pychota! Polecamy serdecznie!



No cóż stwierdzić należy, że wyjazd był udany, po mimo przeciwności losu i małych nerwów związanych z pakowaniem. Warto jeździć, nawet jak człowiek po podróży przyjeżdża skonany, satysfakcja z zobaczenia kolejnego miejsca zawsze wygrywa z niedogodnościami, bo wiecie dużo ich w ciężarnym stanie:) Trzymajcie kciuki za pojawienie się w końcu tej trzeciej Łajzy, to i może mniej narzekania będzie, a więcej zwiedzania! Serdecznie pozdrawiamy :*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz