sobota, 18 listopada 2017

Szczeliniec Wielki

Po powrocie z Danii pragnęliśmy już tylko wszystkiego co Polskie! A, że podróże to nasza największa pasja, z utęsknieniem czekaliśmy na możliwość wyjazdu, gdzieś w nasze piękne miejsca. Okazja się nadarzyła i w któryś słoneczny piękny weekend wybraliśmy się zgarnąć kolejny szczyt do Korony Gór Polskich:)
A szczyt nie byle jaki, bo najwyższy w Górach Stołowych. Szczeliniec Wielki, bo o nim mowa, można zdobyć pokonując wiele schodów. Także cóż, z wózkiem nie tym razem, tylko plecak, albo nosidło dla malucha.

My trochę nosiliśmy, a trochę daliśmy szanse Yśce, która zdrowym krokiem maszerowała.


Góry Stołowe są magiczne i wyjątkowe, jednak sam Szczeliniec, jest moim zdaniem delikatnie przereklamowany. Kto wcześniej był po stronie czeskiej np. w Teplicach nad Metuji, w Skalnym Mieście może zastanawiać się o co tutaj tyle krzyku. Już na dzień dobry witają nas kiczowate stragany i wszędobylska chęć wzbogacenia. Żeby zobaczyć najlepsze atrakcję tego wierzchołka, trzeba tutaj zapłacić, a kolejka jak za komuny. W dodatku nie kurczy się zbyt szybko...
Oczywiście trochę rekompensuje to wszystko widok z góry, wspaniałe skały, a także atmosfera, która obecna jest tylko w tych wyższych miejscach. Mimo wszystko, pozostaje jakiś niedosyt.
Spacer na górę jest średnio wymagający, nasza zdolna ekipa bez problemu wspięła się dość szybko. Marysia żwawo pokonywała schody, w pewnym momencie nawet biegnąc.



A po drodze miłe widoki, które pozwalają odpocząć. A o tłumach, już nie pamiętamy, powiedzmy, że to normalka w tych szumnych polskich miejscach. Fajnie, że słyszymy nasz język. 





A na górze trochę wieje. Nie przeszkadza nam to jednak zjeść obiadu na tarasie i poczuć wolność. Jest sympatycznie, miło i przyjemnie. Nie idziemy już w płatne góry, bo Wojtek chce do Czech po smakołyki. No dobra, ja też trochę też. To chwilę jeszcze patrzymy i ruszamy w podróż powrotną. 




Wyjazd udany, ale chce się więcej. Oczywiście to więcej w Górach czeka nas już w przyszłym roku, bo warunki coraz trudniejsze na wycieczki z dzieckiem. Pogoda raczej już tak nie rozpieści, ale nie martwimy się tym i już kombinujemy gdzie uderzyć w razie zimna, deszczu i śniegu, mamy plan. 
Do zobaczenia następnym razem:*


poniedziałek, 6 listopada 2017

Papugarnia w Obornikach Śląskich

W pewien deszczowy dzień, wybraliśmy się do Papugarni w Obornikach Śląskich. Spotkaliśmy w niej wiele gatunków papug. Były bardzo przyjazne i zdaje się, że wygłodniałe smakołyków. Przy wejściu można kupić przysmaki ptaszków i z aluminiowego kieliszka, trochę je podkarmić.
Z naszej ekipy tatuś był najodważniejszy, ale też najbardziej lubiany! Po krótkiej chwili jadły mu z ręki same najładniejsze okazy, to Ci lovelasik!



Jedna z papugowych ślicznotek zainteresowała się sznurkiem od bluzy naszego Łajza, próbując przywłaszczyć sobie, po za jedzeniem, także coś do ubrania. Odradzamy ubiory ze sznurkami, bo dzieci mogą się przestraszyć takiej odwagi w wykonaniu większego ptaka.

Kolejna próbowała powiedzieć coś na ucho, dziobiąc przy tym tam i ówdzie . Milutka:)


Ja z naszym Bączkiem trochę ostrożniej podchodziłyśmy do papużek, stawiając na powolne oswajanie. Marysia była mocno zaciekawiona, ale taka przy tym trochę wycofana, jak nigdy. Wolała obserwować co się dzieje na rękach któregoś z rodziców.


Po jakiejś chwili, karmiła jednak ptaszka, sama przy tym podjadając smakołyki.
Spędziliśmy bardzo miłe chwilę w tym ciekawym i barwnym przybytku. Poznaliśmy bardzo sympatyczne i figlarne papużki, pokarmiliśmy je i pobyliśmy trochę wszyscy razem.
Sama Papugarnia, to fajne i życzliwe miejsce. Porządku i bezpieczeństwa w środku pilnuje czujny pracownik, który podejdzie, kiedy zgroza:) A zgroza jest, jak taki duży ptak siądzie Ci na plecach, wrrrr. Ogólnie jednak nie ma co się bać i naprawdę przyjemnie potrzymać na ręce takie małe, ciepłe ciałko.



Polecamy odwiedzić, zwłaszcza z dzieciakami, będą miały frajdę.
Szukajcie miejsca przy Wita Stwosza 6 w Obornikach Śląskich.